piątek, 13 stycznia 2017

Biegnie biegnie ... nie tylko czas

Już prawie połowa stycznia. Czas pędzi. Śnieg pada. Zima.
A ja w drugi dzień Świąt wstałam z kanapy i wzięłam moją córkę, ubrałam strój do biegania i pobiegłam. Pierwsze moje 3 km. Potem za dwa dni następne 3 km ale już sama. I tak co drugi dzień biegam. Czy to mróz, czy zamieć, czy wiatr. Wstaję z kanapy, ogarniam dom i mam 30 minut dla siebie. Cisza, spokój. Muzyka i ewentualnie zepsuta nawigacja i pani, która mówi - trening został automatycznie wstrzymany lub wznowiony. Ale biegam. Czuję się z tym rewelacyjnie. Najbardziej śmieszy mnie to, że byłam kiedyś przeciwniczką biegania. Denerwowała mnie moda na bieganie. Nagle wszyscy zrobili się pro sportowi ale teraz zmieniłam zdanie. Fajne jest uczucie zmagania z sobą. Pokonywanie. Tak jak z wchodzeniem na szczyt. Podobnie.
30 go kwietnia chcę biec w Biegu Kobiet na 5 km. Zobaczymy czy się uda dobiec. Nie chodzi mi o czas. Ale aby dobiec.
I już wiem, że każda pogoda jest dobra...
A śnieżyca jest wręcz cudowna. I te gwiazdy nad głową!

sobota, 31 grudnia 2016

Nowy Rok - nowy zeszyt

Jakie postanowienia na Nowy Rok?
jakieś macie?
W sumie nie mieć NIC to też jakieś postanowienie nie?
W szkole zawsze lubiłam zaczynać nowe zeszyty. Wtedy mi się wydawało, że ze wszystkim też tak można. Okazuje się, że nie :) Ale zawsze Nowy Rok z jakąś nadzieją się wiąże. Z biegiem lat, kiedy staję się starsza widzę, że mijający Rok jest błogosławieństwem - jaki bądź nie był. A Nowy zaczyna być niepewnością. Jest niepewnością... zagadką?
Pamiętam jeszcze kiedy byłam sama, stałam z Mamą w naszym wielkim oknie i patrzyłyśmy na fajerwerki - cudny widok mamy fakt. I pamiętam moje myśli wtedy... jak długo będziemy razem? co nam ten rok przyniesie (wtedy akurat życie mi się diametralnie zmieniało bo M poznałam) ale ... kiedy patrzę na ten widok... widzę Mamę i pokazuje mi to jak mało mamy czasu. A każdy ROK jest darem. każdy dzień. Że tak naprawdę nie mamy czasu na kłótnie, obrażania, sądy.
Chciałabym zacząć Nowy Rok jak kiedyś w szkole takim Nowym Zeszytem. 


czwartek, 29 grudnia 2016

Sukcesy i porażki

Taki temat ostatnio przewija się wśród rozmów czy tematów czytanych na forach. Mamy tendencję rozliczania roku i raczej lubimy to robić. Też planować, robić postanowienia.
W tym roku mam jakieś inne doświadczenia.
Eschatologiczne.
Rok jak rok prowadziłam działalność. Raz lepiej, raz gorzej. Trochę szyłam.
We wspólnocie różnie się działo. Ale nadal trwamy. Zaczęliśmy w końcu w wakacje odmawiać Laudesy rodzinnie.
Mieliśmy gości a raczej Gości Pielgrzymów, którzy bardzo zaważyli na naszym życiu.
Wybraliśmy się w Podróż Życia - Włochy - Rzym i Asyż, Zobaczyliśmy Alpy. Spędziliśmy razem piękną podróż.
Na początku Roku pochowaliśmy Michalinę.
Michał zmienił pracę. Ja więcej szyję. Finansowo jest lepiej.

Pewnie wielu rzeczy zapomniałam bo pamięć ulotna ale czy te wszystkie sprawy można rozpatrywać w kontekście porażek i sukcesów? Kim jesteśmy aby mówić o sukcesie kiedy mówimy o zmianie pracy? Fakt ruszyliśmy tyłek i zmiana nastąpiła ale jak w tym nasza zasługa? Sukces?
Sukces, że nikt nie umarł? Jaki sukces? Albo, że ktoś się urodził?

Bóg jest tu tym, który daje. On jest Panem sukcesu. A to co uważamy za porażkę w ostateczności porażką nie musi się okazać.

Byłam ostatnio na warsztatach, na które czekałam, na które wbrew mężowi się zapisałam. I ogólnie były wielką porażką. Ale wróciłam do domu z niesmakiem ale też z pewnością, że po coś się to wydarzyło. Aby nie widzieć w ludziach tyko białych i czarnych barw? Aby nie pokładać ufności w człowieku? Aby słuchać serca bardziej? Aby posłuszną Mężowi? Po coś się wydarzyło...

Sukces i porażka tak blisko siebie stoją. Dzisiaj porażka a jutro się może okazać, że ona jest sukcesem.

I jeszcze coś co jest najtrudniejsze. Za wszystko dziękować Bogu... za wszystko.

wtorek, 27 grudnia 2016

Święta, świąta i po świętach

Przygotowania, stresy, nerwy i brak pieniędzy. A potem chwila moment i święta mijają utwierdzając mnie w przekonaniu, że w czymś innym trzeba mieć nadzieję. Że to co stwarzamy wokół świąt zagłusza naszą pustkę. Że kiedy w sercu mamy TO coś, to wtedy każde święta, każda niedziela, każda chwila nabiera sensu i innego wymiaru a my nie skupiamy się na tym co ulotne i chwilowe, na tym co widoczne na zewnątrz.

Wigilię spędziliśmy już tradycyjnie w domu. Było inaczej niż zamarzyłam czy zaplanowałam ale mimo wszystko było w porządku. Spokojnie. Cicho i spokojnie. Marcysia nawet odważyła się i zagrała dwie kolędy. Jaś tym razem nie poćwiczył i wstyd mu było grać. Przeżywał to bardzo ale trudno. Może następnym razem.
Pierwszy dzień świąt spędziliśmy na błogim nic nie robieniu. Jeden film obejrzany razem. A w między czasie wspólne jedzenie, Eucharystia, składanie lego, piłkarzyków. Ja zabrałam się za czyszczenie wiadomości sprzed 3 lat w komórce. I tak nic to nie dało :)
Ale czas spędzony cicho i spokojnie. Dobrze jednym słowem.

A drugi dzień trochę szalony. Pojechaliśmy do Bojana do przyjaciół. Wieczór spędzony na pogaduchach, wspomnieniach, graniu w planszówkę (PRL) - swoją drogą polecam.
Dzieci szalały z psem. Łyknęliśmy trochę atmosfery domku. Jakoś zatęskniło mi się do takich klimatów. Czy kiedykolwiek się to spełni?

A od wczoraj wieczorem wieje i leje. Nawet burza chwilę nas postraszyła. Czekamy na zmianę pogody jaką tak wichura przyniesie.
Dzisiaj powrót do normalności. Na razie leżę w łóżku :D

niedziela, 18 grudnia 2016

Muzyka świąteczna, która towarzyszy...

przy myciu naczyń, robieniu kartek, okien. Ona jest. Początek grudnia zaczynam tęsknić. Każdy ma swoje ulubione. I oczywistym jest, że są to kolędy, które przywołują nam obraz dzieciństwa. Ale są też takie utwory, które dźwiękami kojarzą nam się z pewnymi naszymi historiami - świątecznymi.
Które kojarzą się nam już raz na zawsze z osobami, których nie ma z nami przy stole. Które były i ze zdziwieniem patrzymy, że są już poza naszym wzrokiem. Gdzieś za śnieżną zadymką, chmurą wspomnień. Były ale też i są z nami, dzięki pamięci, dzięki miłości, muzyce i dzięki temu, że były.



piątek, 16 grudnia 2016

Czy tylko magia świąt?

W kalendarzu adwentowym dzisiejszym zadaniem było udekorowanie okien. A tak mi się nie chciało ruszyć z fotela i sięgnąć po karton z lampkami i światełkami. Ale ruszyłam się i w czasie nieobecności trójki najstarszych dzieci tradycyjnie upiększyłam okna.
Jest ładnie.
I tak się zastanawiałam, że kiedyś nie kładliśmy na to takiego nacisku. Nie było wtedy możliwości, materiałów, tylu ładnych rzeczy. Lampki były cudem zdobyte. Jeden komplet na choinkę i tato dbał o nie szczególnie.
Nie piekło się pierniczków. Nie było jakiejś zbiorowej histerii pierniczkowej. Teraz dużo siły wkładamy w to aby było pięknie i miło. Ładnie i kolorowo. I oby nie skończyło się tylko na tym. Sama łapię się na tym, że to przygotowanie jakby mnie przeciąża, pochłania i zapominam co jest naprawdę sensem. Na Kogo czekamy i dlaczego?
Na Laudesach w niedzielę Antek wylosował Ewangelię o śmierci Pana Jezusa. I na początku dzieci naprawdę marudziły, że źle wylosował, że mamy jeszcze raz.
Ale potem w czasie katechezy usłyszały, że tak naprawdę czekamy na powtórne przyjście Jezusa. Tego który umarł już za nas i nas odkupił. I ta śmierć była nieunikniona i konieczna. Stąd tak blisko z Betlejem na Golgotę, ze żłóbka na krzyż. W sumie ciekawi mnie dlaczego tak usilnie chcemy te święta ugłaskać.
Czy Maryja miała wtedy ciepło, obficie, kolorowo? Czy Józef miał zabezpieczenie, ubezpieczenie czy zasiłek dla bezrobotnych. Nie. Było ciemno, chłodno i biednie. Ale mieli Jego. Czyli wszystko. On wystarczył. A ja usilnie chcę zaplątać Boże Narodzenie w łańcuchy, światełka i brokaty.

Taka moja magia świąt.

czwartek, 15 grudnia 2016

Adwent i co z tego wynika

Już minęła trzecia niedziela Adwentu. Nie wiem kiedy. Słyszałam taką teorię ostatnio, że ludzie odczuwają takie przyspieszenie upływu czasu ze względu na ogólne przyspieszenie wszechświata. Być może... nie wiem, nie znam się na prawach fizyki. Widzę, że żyjemy intensywniej, szybciej a w tym pomagają nam nasze gadżety - komputery, tablety i telefony z netem. Niestety i to ma chyba wpływ na naszą szybkość we wszechświecie.
Ostatnio auto mieliśmy w naprawie. Jechałam do Sopotu, do Szkoły Muzycznej z Jasiem - kolejką. I to co zobaczyłam w środku skm-ki mnie przeraziło. Zdecydowana większość ludzi zatopiona w komórkach. W tabletach i komputerach przenośnych. Jedna czy dwie czytały książkę (!) a mało kto gapił się po prostu w okno. Dojeżdżałam do szkoły i do pracy kolejką. To były inne czasy. Można było podrzemać, pouczyć się, poczytać, pogapić się czy porozmawiać. Ogólnie człowiek był zainteresowany tym kto jest obok a tu? zero zainteresowania. O ustąpieniu miejsca nawet nie można pomarzyć. Każdy zatopiony w swoim wirtualnym świecie. Byłam przerażona tym światem.

Nadszedł więc Adwent. Dość szybko i dość intensywny. Roraty, kalendarz i postanowienia. Za 10 dni święta a my w tyle ciągle bo szkoła zajmuje nam mnóstwo czasu. Koncert fortepianowy Marcysi, potem egzamin Jasia z gitary. Jeden konkurs, drugi, kiermasz...
Dziś rano już tak zmęczona byłam, że z jękiem wstawałam aby dzieci wyprawić na Roraty.
Byle do świąt. Potem poleniuchujemy.
U mnie jeszcze ogonem są zobowiązania szyciowe. Nie mam kiedy tego robić. No nie mam.

Jedno jest pewne. Święta będą i tego się trzymajmy.

Moim niespełnionym (już spełnionym) marzeniem był kalendarz Adwentowy. W tym Adwencie wreszcie go zrobiłam i to tak piękny, że nawet mojego Męża zaskoczył.






Tak więc Anioł wisi i zaprasza na Boże Narodzenie, które już całkiem niedługo :D