niedziela, 4 stycznia 2015

Milczenie

Dopadło mnie
Z różnych powodów
Nie chce mi się pisać.
Brak czasu.
Mnóstwo zajęć - szkoła,potem święta... ciagle drobne, zwykłe prace i jakoś brak mi zoorganizowania.
Brak sił... wieczorem padam po dniu krzątania się i łażenia z kąta w kąt i jedyne co mam siłę i ochotę to zagrac w gierkę... i spać. Nawet książek czytam niewiele...
Mnóstwo czasu zabierają dzieci - hm... może nawet i nie zabierają ale poświęcam im sporo czasu. A to konkuersy takie ... a to lekcje. A to mycie włosów... kolacja i prasowanie, znów pranie i układanie...Generalnie przy czwórce się ubiegam. Tydzien przed świętami mieliśmy maraton jaesłkowo - koncertwowy. Normlanie dar bilokacji i przemieszczania się superszybkiego przydałby się. A tu... auto się psuje. Niby są trajtki i nasze bilety bezpłatne. TAK - ale to trwa dwa razy dłużej!!!
Da się - wszystko da się. Nawet na Roraty da się z Czwórką chodzić i to z dwójka maluchów. Ale czasem siły brak a logistyka jest bardzo karkołomna.

Tak więc było sporo przyczyn a i do tego dochodzi mulasty laptop więc... ale dla chcą cego nie ma nic trudnego. Brakowało przede wszystkim CHĘCI.

Święta minęły nam nadzwyczaj dobrze i spokojnie. Ale dla mnie puste jakieś... szczególnie Jedno Miejsce i smutne - szczególnie Wigilia. choć pocieszjaące jest, że ciągle gdzieś cicha Obecność Mamy jednak była... brak i obecność. Dziwne doświadczenie.
I ten śnieg... naprawdę dla mnie cud.
Kiedy Mama umeirała - w ostatnim tygodniu, spytała się mnie jak to zrobiłam, że wokół jest tak pięknie - wszystko w śniegu. Wigilia nastała a ja jakoś ze smutkiem patrzyłam w prognozy pogody i nie mogłam uwierzyć, że nie będzie śniegu. Jakoś podświadomie czekałam znaku od Boga, że Mama tam jest i że ten śnieg to błogosławieństwo. A nad ranem w Boże Narodzenie... dla mnie CUD (pamiętam też scenę z życia św. Tereski)
W Drugi Dzień Świąt pojechałam do Betelejemitek i tam cudów ciąg dalszy... cudnie.... naprawdę cudnie.


Minął nam szybko ten rok. Był trudny. Bardzo obfity w trudne doświadczenia. W życiu bym jednak nie powiedziała, że niedobry lub do dupy. To tak mi jakoś się nie zgadza. Czytałam znajomy blog i jakoś to stwierdzenie od kilku dni mi się kołacze. A wszystko co Bóg swtorzył było dobre...
Tak więc nasz ROK był trudny ale dobry. Choć trudno mi się pogodzić z faktem przemijania. No tak mam... trudno i jakiś sentyemnet mam za tym co odchodzi ale to był DOBRY ROK.
I to prawda - tam gdzie trudności i krzysy TAM właśnie przychodzi Bóg.
Tak więc zyczę sobie i Wam aby ten ROK nie był gorszy od poprzedniego. Abyśmy byli świadkami niecodziennych cudów w naszym życiu - aby Bóg je przemieniał i ubogacał.

1 komentarz:

  1. Ach, to do mnie:))))
    Nie będę się za wiele tłumaczyć, ale nie wiem czy do końca dobrze mnie zrozumiałaś. Chcę tylko żebyś wiedziała, że dla mnie do dupy nie było to co było wolą Boga, co nas spotkało, te niezawinione trudności itd. Bo takie doświadczenia zawsze są błogosławieństwem, jakimś wybraniem przez Pana... natomiast do dupy było nasze zachowanie i nasze reakcje na to wszystko. Daliśmy ciała na całej linii i pod każdym względem. To był bardzo płodny rok i naprawdę błogosławiony i udany pod względem tego, czym zostaliśmy obdarowani przez Niego. Ale beznadziejny pod względem tego, co zaprezentowaliśmy samymi sobą, przynajmniej w pierwszej części tego roku.
    To, co Bóg stwarza, zawsze jest dobre:)))) Tylko że nam nie zawsze jest po drodze wybierać stworzenie Boże, czasem wolimy wybrać dzieła tego kudłatego.
    Pozdrawiam Was ciepło:)))

    OdpowiedzUsuń

11 lat - kiedy to zleciało?